Aktualności

27 grudnia 2019
Spełnione marzenia Oli Jagieło, z wyjątkiem jednego

Spełnione marzenia Aleksandry Jagieło, z wyjątkiem jednego

Wszystkiego nie można mieć – była znakomita siatkarka nie rozpamiętuje olimpijskiej nieobecności. Dziś mama dwóch córek wkrótce wraca po urlopie macierzyńskim do pracy w roli dyrektora sportowego w BKS-ie Bielsko-Biała.

 

Jagieło to jedna z najbardziej znanych zawodniczek ostatniej dekady. Jest dwukrotną złotą oraz brązową medalistką mistrzostw Europy. Aż osiem razy, z różnymi klubami, sięgała po mistrzostwo Polski. W długiej karierze był również czas indywidualnych wyróżnień oraz nagród.

Pasmo sukcesów nie zostało uwiecznione tylko występem w igrzyskach olimpijskich w Pekinie, bo ówczesny trener reprezentacji, Marco Bonitta, nie widział jej w składzie. – Wszystkiego nie można mieć – z uśmiechem nieco bagatelizuje tę sprawę była znakomita siatkarka.

A dlaczego szczęściara? W długiej karierze nie miała żadnych poważnych kontuzji, a to ewenement w zawodowym sporcie. Jagieło od blisko dwóch lat już nie oglądamy na parkietach. Karierę zakończyła tam, gdzie zaczynała wielkie granie, czyli w BKS-ie Stali Bielsko-Biała. Ale siatkówki nie porzuciła. Została dyrektorką sportową w BKS-ie. Teraz, za niespełna miesiąc, kończy jej się urlop macierzyński. Zajmuje się więc swoją urodzoną kilka miesięcy temu córką Alicją i – rzecz jasna – starszą 7-letnią Agnieszką. – Na początku stycznia wracam do pracy, a córki do swoich obowiązków, do szkoły i żłobka, bo taki jest naturalny podział ról – uśmiecha się nasza bohaterka.

Piłka zamiast tańców

Mała Ola Przybysz (Jagieło to nazwisko po mężu) wraz z młodszą o rok siostrą Justyną nie uskarżały się na nadmiar wolnego czasu. Mama co rusz wymyślała im różne zajęcia w tyskim klubie osiedlowym „Uszatek”. Gdy siostry zaczęły edukację szkolną, troskliwa rodzicielka posłała je na zajęcia taneczne. Pomysł dziewczynkom nie przypadł jednak do gustu. Gdy tylko ogłoszono rekrutację do klasy siatkarskiej Ola natychmiast się zgłosiła. Testy zaliczyła i została przyjęta.

– Pamiętam tę chwilę jak dziś. Odbijałyśmy piłkę o ścianę i byłam jedną z dwóch dziewczyn, które robiły to najdłużej… I kto by przypuszczał, że te igraszki z piłką będą mi towarzyszyły do 38. roku życia? Ale gdyby można cofnąć czas, ani przez chwilę nie wahałabym się i wybrałabym tę samą drogę. Sportowe życie było pełne przygód, zaskakujących wydarzeń.

Miałam ogromne szczęście, że gdziekolwiek grałam, trafiałam na ludzi szczerych oraz życzliwych. Nigdy nie miałam żadnych kłopotów z adaptacją w nowych warunkach, bo jestem osobą kontaktową i szybko przyzwyczajam się do nowego. Teraz prowadzę już osiadły tryb życia (śmiech), bo trzeba wiedzieć kiedy zejść ze sceny. Dom, rodzina, wychowanie córek oraz nowe obowiązki zawodowe to teraz moje życie – podkreśla.

Z kontuzji tylko skręcenia

Gdy młoda zawodniczka na poważnie myślała o siatkówce, akurat w Sosnowcu, pod patronatem Polskiego Związku Piłki Siatkowej, rozpoczęła działalność Szkoła Mistrzostwa Sportowego. To z niej wyszło większość późniejszych reprezentantek kraju, które sięgnęły po najwyższe laury w Europie. Zanim jednak Aleksandra Przybysz trafiła do Sosnowca, rozpoczęła edukację w tyskim liceum im. C.K. Norwida. Dopiero w drugiej klasie przeniosła się do szkoły sportowej, choć wcześniej była już w kadrze juniorek.

– To był trafny wybór. Zajęcia były odpowiednio ułożone. Wiele z nich odbywałyśmy w górach. Sporą uwagę kładziono też na przygotowanie motoryczne. Trenerzy dobrze przygotowali nasze organizmy do specjalistycznych treningów. Może dzięki temu przez całą karierę miałam tylko skręcone stawy skokowe, ale to akurat typowy, standardowy uraz dla naszej dyscypliny – podkreśla nasza bohaterka.

Objawienie sezonu

W końcu musiała zdecydować się na poważny skok w dorosłe sportowe życie. Jej wybór padł na BKS Stal Bielsko-Biała, który przechodził pokoleniową rewolucję. Bielscy działacze chętnie sięgnęli po absolwentki sosnowieckiej szkoły i ich trenera Krzysztofa Leszczyńskiego.

– Obok doświadczonej Katarzyny Zubel, na którą mówiłyśmy „mamuśka”, wraz ze mną do klubu przyszły m.in. Kasia Gajgał (wówczas Biel), Asia Staniucha (dziś Szczurek), Wiola Leszczyńska, Dorota Pykosz czy Sylwia Pycia – wspomina Jagieło.

Młoda drużyna okazała się objawieniem sezonu. Nawet słynna Nafta Piła Jerzego Matlaka, która w kraju nie miała sobie wówczas równych, nie była jej straszna. – I na początek zdobyłyśmy brązowy medal, co było sporą niespodzianką, A potem przyszły jeszcze większe sukcesy, bo sięgnęłyśmy po dwa złote medale z rzędu (trenerem był Zbigniew Krzyżanowski – przyp. red.) – dodaje.

Bielsko-Biała dla młodej siatkarki okazała się nie chwilowym przystankiem, ale wyborem na całe życie. W pobliskich Buczkowicach powstał rodzinny dom państwach Jagiełów, choć na przełomie wieków pewnie jeszcze o tym nie myślała.

Czas w drogę

Po drugim mistrzostwie kraju i 5-letnim pobycie w Bielsku-Białej nadszedł czas na zmiany. Marzenia o ewentualnym wyjeździe zagranicznym zmieniały się w rzeczywistość. Już wtedy reprezentantka kraju miała dwie propozycje – z francuskiego Cannes oraz z Włoch. Wybrała tę drugą ofertę. Trafiła do Rebecchi River Volley Piacenza.

– Każda zmiana powoduje taką wewnętrzną mobilizację i sprawia, że praca jest przyjemnością. To był kolejny trafny wybór, bo nie tylko rozwinęłam się jako siatkarka, ale też poznałam nowych, interesujących ludzi, nauczyłam się języka włoskiego, a ponadto klimat był niezwykle sprzyjający. Sportowo niezbyt dużo zwojowałam, bo przez dwa sezony grałam w Serie A2, a tylko jeden w A1.

Włoska przygoda zakończyła się po trzech latach. – Zatęskniłam za ojczyzną i postanowiłam wrócić. Oczywiście, miałam sporo propozycji, m.in. z Bielska-Białej oraz Muszyny. Wybrałam Muszynę. I znów spędziłam wspaniały okres w ładnym, ciekawym miejscu i, co najważniejsze, z życzliwymi ludźmi – zapewnia.

Rodzinna atmosfera

W Muszynie Jagieło ponownie spotkała się z koleżankami z SMS-u, m.in. Izabelą Bełcik czy Sylwią Pycią i – tak jak w Bielsku-Białej – zaowocowało to sukcesami. Muszynianka pod kierunkiem Bogdana Serwińskiego wywalczyła w tym okresie trzy tytuły mistrza Polski, dwa krajowe puchary, Superpuchar oraz Puchar CEV.

– To był dla mnie dobry czas i pewnie dlatego z takim sentymentem wracam wspomnieniami do Muszyny – zapewnia nasza bohaterka. – Wtedy też wyszłam za mąż (2008 r. – przyp. red.) i urodziłam córeczkę Agnieszkę (dziś pierwszoklasistka – przyp. red.).

Kolejnym przystankiem był Chemik Police, klub z wysokim budżetem i z równie wysokimi aspiracjami. – W nim zaczęłam odczuwać presję, bo w takim doborowym towarzystwie, w jakim się znalazłam, nie wypadało przegrywać – zwierza się dwukrotna mistrzyni Europy.

– To niezbyt przyjemne uczucie. Ciągle w głowie kołacze, a co będzie gdy się przegra?

W Policach grała trzy lata. – Po trzech mistrzostwach i dwóch pucharach ustaliliśmy z mężem, że pora wracać do domu. Agnieszka była coraz starsza i byłoby dobrze osiąść w swoim domu – dodaje.

I tak historia zatoczyła koło. Jagieło znów znalazła się w doskonale sobie znanym BKS-ie. Ale po jednym sezonie postanowiła zejść ze sportowej sceny. – Nie, niczego mi nie brakuje i nie tęsknię za boiskiem. Nie tak dawno siedziałyśmy z Mariolą Wojtowicz (była libero BKS-u – przyp. red.) na trybunach i obserwowałyśmy mecz. Po jednej z emocjonujących akcji obie niemal równocześnie powiedziałyśmy: popatrz, a my nic nie musimy! Teraz, gdy ktoś poprosi o uczestnictwo w meczu charytatywnym, chętnie biorę w nim udział. Ale to wszystko. Czy zatęsknię za boiskiem? Nie wiem, ale chyba już nie.

Dziewczynko, jak masz na imię?

W kadrze Jagieło rozegrała prawie 300 meczów. Spotkała w niej wiele znakomitości. Jedną z nich był Andrzej Niemczyk. Gdy w 2003 roku został trenerem kadry, już wówczas był owiany legendą. Przez młode zawodniczki był jednak mniej znany.

– O moim spotkaniu z trenerem Niemczykiem opowiadam w charakterze anegdotki – śmieje się pani Ola. – Szkoleniowiec nie mógł znać wszystkich zawodniczek młodszego pokolenia. Podszedł do mnie i zapytał: „A ty dziewczynko, jak masz na imię?” Szczerze przyznam, że nie byłam zdziwiona, ani tym bardziej urażona, bo niby skąd miał mnie znać. Magda Śliwa zachichotała i szybko zakomunikowała: „A to nasza Oleńka”. Wtedy w życiu bym nie pomyślała, że z trenerem Niemczykiem będą wiązały się nasze największe współczesne sukcesy.

Niemczyk w swoim działaniu był szalenie konsekwentny. Nim objął rządy, o naszej kadrze mówiło się, że drzemie w niej duży potencjał. – No i cóż z tego, skoro nie było wyników? To trener Niemczyk rozpalił siatkarski ogień, a my zdobyłyśmy dwa złote medale mistrzostw Europy. Gdyby nie on, nie byłoby tych triumfów, bo to on drużynę umiejętnie posklejał – podkreśla Jagieło, w której szkoleniowiec widział przyjmującą, a nie atakującą i przestawił z prawego na lewe skrzydło.

– Oczywiście, że w reprezentacji były różne chwile, ale wódz był jeden i wszystko ogarniał. Podejmował trudne, często kontrowersyjne decyzje. To przecież on usunął swoją córkę, Małgosię, a potem zrezygnował z Gosi Glinki – wspomina.

– Gdy ostatnio wybuchła zawierucha w kadrze, byłam mocno zdziwiona, bo podczas mistrzostw Europy w Łodzi wszyscy piali z zachwytu nad znakomitą atmosferą w niej panującą. Za moich czasów taką sytuację załatwiono by inaczej. Wtedy, gdy miarka się przebrała, zarząd związku zwyczajnie odwołał Niemczyka i tyle.

Jedna zadra

Pogodna, uśmiechnięta, pobudzająca koleżanki do gry – jak przystało na kapitan. „Nasza Oleńka”, jak mówią o niej pieszczotliwie koleżanki z reprezentacji z lat świetności. Ale potrafiła być również konsekwentna i bezpośrednio artykułować swoje racje.

Zawsze mile wspomina trenerów Ryszardę i Krzysztofa Leszczyńskich, Leszka Milewskiego, Zbigniewa Krzyżanowskiego, Jerzego Matlaka, Bogdana Serwińskiego czy wspomnianego Niemczyka. Jednak z jednym wyraźnie nie było jej po drodze. Gdy schedę po Niemczyku przejął Marco Bonitta, Włoch Jagieło nie zauważał. Tak właśnie w 2008 roku ominęły ją igrzyska olimpijskie w Pekinie.

– Nawet nie potrafię sobie wytłumaczyć dlaczego tak było – zastanawia się do tej pory pani Ola. – Pewnie, że mam żal, bo przecież nie pojechałam na igrzyska.Obecnie podwójna mistrzyni Europy mocno zaabsorbowana jest domem oraz rodziną. Wszystko kręci się wokół córek – 7-letniej Agnieszki oraz małej Alicji. Wybór imion nie był przypadkowy. – skoro mama to Aleksandra, to córki też muszą mieć imiona na A. Tylko mąż i dumny tata jest na W – Waldemar. – Męża nie zmienię, ale może dałoby się zmienić jego imię na Adam – śmieje się Aleksandra Jagieło.


źródło: https://sportdziennik.com
 

wróc do listy

patroni medialni